Obserwatorzy

wtorek, 10 grudnia 2013

Inspiruj

Jest koniec.
Jest coś dalej.
Chcę tworzyć.
Dużo szukam. 
Byłaś i trwało.
Inspiracja zniknęła.
Tłumacz mi proszę.
Dlaczego tak?
Dlaczego tak bardzo?

Wróciłaś więc tworzę.
Jest ciut inaczej.
Słyszę ryk.
Lew tam dalej.
Lub nawet już tu. 
Płonę czystym ogniem.
Czuję siłę. 
Tak by trzymać
Chociaż nie ściskać.

Z początku lekko.
Wręcz delikatnie.
Blisko szyi.
Mógłbym ugryźć.
Mógłbym rozszarpać
a słychać oddech.
Czekam ja, ale czy Ty?
Więc pokaż mi na co.
Inspiruj.

czwartek, 5 grudnia 2013

Miganie.

-Wszystko mi miga stary-mówił spokojnie, ale w jego oczach kryło się pełno podniecenia.
-Miga?-zapytałem, lekko przerażony on lubił dziwne odpowiedzi. 
-Właśnie miga.
-Jak to miga? Co to znaczy?
- To nie jest proste, ale zarazem jest, nadążasz?
-Coś jak paradoks.
-O właśnie paradoks. To słowo powinno być synonimem do mojego życia. Moje życie jest zbudowane z paradoksów. Śmieszne są.
 Mówił i mówił o tych paradoksach. Nastolatek, ktoś kto chce zdobyć świat. Tylko z nim zawsze był jeden problem. On faktycznie mógł go zdobyć.
 Południe, kawa i włoskie ulice usiane żółtą cegłą. Przyjemne środowisko, dla przyjemnych rozmów. Zawsze tak myślałem, a potem poznałem Arka. Ciekawy siedemnastolatek. 
-No więc co z tym miganiem?-nie wiedzieć dlaczego nie dawało mi to spokoju.
-Wszystko mi miga człowieku. Idę ulicą miganie. Jem śniadanie i mi miga. Jadę tramwajem,metrem, czy autobusem i mi miga. Tak nagle, jak jakiś wybuch, albo wystrzał- im dłużej mówił tym bardziej był przejęty. Intonował jak poirytowany, ale widać było że go to cieszy. To nie dawało mi spokoju. Co go tak męczy i cieszy jednocześnie?
-Chyba zaczynam rozumieć-skłamałem- możesz to rozwinąć?
-No już, już czekaj, to nie takie proste- mówiąc to podskakiwał lekko na krześle, omal nie rozlewając kawy. Wszyscy wiemy że grzech ciężki, ot tak rozlać kawę.
-Czekam, czekam- odpowiedziałem mu szerokim, pobłażliwym uśmiechem, jak przystało na kogoś dojrzalszego.
-No więc wszystko mi miga. Mam przed sobą obraz, normalny rzeczywisty, głównie nudny. I nagle pojawia się ona. Widzę jej oczy i usta. Poruszają się, poruszają się dla mnie. I nie widzę już tamtego bezsensownego czegoś.
-Rzeczywistość jest bez sensu? - zapytałem, wręcz wystraszony. To bardzo złe, kiedy młodzież gardzi realnym światem. To może zabić, otępić, albo nawet stworzyć z nich artystów.
-Człowieku! Gdybyś spojrzał na nią tak jak ja, choć jeden jedyny raz- mówił do mnie, ale był nie obecny, jakby patrzył na coś innego. Może właśnie coś mu "migało"? 
 Słońce grzało coraz bardziej, ludzie biegali w te i wewte, co jakiś czas, ktoś podobnie jak my zatrzymywał się na kawę. Piękne kobiety,w krótkich spódniczkach, bogaci panowie w gustownych kapeluszach. Wszyscy gdzieś pędzili. Przerażające, wyglądają jakby mieli się nigdy nie zatrzymać. Co jeśli trafią na ścianę? Przecież to się może skończyć katastrofą! Chrystusie! Przeraża mnie to tępo. Szybko porzucam te rozważania, bo myśli zaczynają biec, jak Ci ludzie, a ja wariuję gdy myśli biegną zbyt szybko. Myśli muszą płynąc, jak tratwa z nurtem spokojnej, starej rzeki. Zauważyłem że i Arek zamilkł. Może nawet z mojej winy.
-Dlaczego nie kontynuujesz? 
-Coś mi mignęło. Przepraszam- mówił szczerze, to było widać.
-Dobrze już dobrze. Co dalej z tą kobietą? 
-To nie byle kobieta! To anioł, a przynajmniej pół-anioł.  Gdybyś spojrzał zrozumiał byś. I widzę to jej kuszące piękno, jak mi miga, nadążasz? Widzę te oczy, te usta, słyszę jej głos, widzę jej talie, jej piersi, słyszę jak śpiewa. Tak obsesyjnie lubię to wspominać. Rozumiesz bracie?- pytał i jakby błagał. Chciał wiedzieć że go rozumiem, bał się że jest wariatem. 
-Zakochałeś się? 
-Tak. Bardzo, bardzo. Bardzo kurewsko się zakochałem. 
-Więc w czym problem? 
-Boję się że ona nie istnieje.

środa, 4 grudnia 2013

Zgrzyt

Stary dom, właściwie to bardzo stary. Zbudowany jeszcze jak ludzie nie myśleli o szukaniu złota, a jedynie o cieple bijącym z kominka. Wszystko zbudowane z drewna. Trzymał się ten dom, nawet zbyt dobrze, chyba wolno tak pomyśleć. W jego wnętrzu jakaś obdarta z farby komoda, stolik, biurko. Wszędzie walają się pożółkłe stronice, konkretnie to nie wiadomo czy to fragmenty książki, czy puste strony czekające na atrament. Kominek pusty, z szeroko otwartą paszczą, czeka na odrobinę drewna. Niestety nie dostanie go już nigdy. Były tu dwa krzesła, jedno leży w kawałkach na ziemi, na jednej z nóg widać ślady krwi. Co się stało z drugim? Nie wiadomo. Jest fotel bujany! Mimo tego lepiej na nim nie siadać, głupotą byłoby ignorować oczywiste ślady obecności korników. Można sobie potłuc dupę, gdy się ignoruje pewne fakty.
 Chris też ignorował pewne fakty. Właśnie dlatego leży teraz na środku pokoju, pomiędzy komodą, a bujanym krzesłem. Leży sobie przerażony, z paniką i dezorientacją w oczach, patrzy wprost na lufę. Tak, trzymam rewolwer i celuję w twarz Chrisa. W jego piękną buźkę, którą tak uwielbia pokazywać światu. Mam ochotę go opluć, kopnąć, może nawet kilka razy. Brzydzę się tym napuszonym fiutkiem. Mam ochotę go opluć, strzelić, może nawet kilka razy. Mimo wszystko, to nie ta chwila, muszę zaczekać.
Ludzie to skończeni kretyni, nienawidzę ich. Mówisz takiemu "ostrożnie rozlejesz". Co on robi? Rozlewa. Spotykasz innego, z szacunkiem, z pełną kulturą informujesz takiego jegomościa, że jeśli dotknie twoją żonę, to z czystą przyjemnością wyprujesz mu flaki zardzewiałym dłutem. Co on robi? Dotyka ci żonę. I to nie byle jak. Pakuje swoje brudne, przepocone łapy, w twoja własną pościel, na biust twojej kobiety. Nie mówiąc już o innych okropnościach jakie z nią robi. I następny, mówisz "TYLKO DWIE KOSTKI CUKRU". Co robi ten idiota? Sypie bez opamiętania. Jak się powstrzymać? Przecież to oczywiste, że człowiek tak potraktowany, łaknie zemsty. Tyle nietaktu, w tak prostej czynności. Przecież to oczywiste, że człowiek, który nie potrafi posłodzić kawy, nie jest kimś godnym zaufania. BA! Takich ludzi powinno się izolować od społeczeństwa. Rozpędziłem się. Wróćmy do Chrisa.
Leży sobie, tak żałosny, nic nie warty. Śmieszy mnie to, bo jeszcze dziś rano, jak każdego dnia, myślał że jest bogiem. Depcząc po truchłach, niczemu nie winnych ludzi, byleby tylko dopiąć swego. Teraz leży, w pogniecionym, brudnym garniturze, ocieka potem i drży. Cudowny widok. Mam ochotę zapytać, jak czuje się bóg gdy ktoś mierzy do niego z pistoletu? Uśmiecham się jeszcze szerzej. Patrzę w jego ciemne, wystraszone oczy, buduję napięcie.
-Wiesz co?- zaczynam, a on patrzy, jakby zaciekawiony, jakby zobaczył dla siebie ratunek w moich słowach. Czeka aż będę mówił dalej. Uświadamiam sobie że to bardzo niegrzeczne z mojej strony, budować aż takie napięcie. Strzelam. Raz. Drugi. Trzeci. Dwie kule trafiają w twarz. Niewiele z niej zostaje. Niezbyt przyjemny widok. Nie polecam, jeśli ktoś ma słabe nerwy. Trzecia kula kończy w klatce piersiowej. Piękny widok. Uśmiecham się jeszcze bardziej. Przyjemnie jest połączyć przyjemne z pożytecznym. W moim przypadku jest to pozbywanie się skurwysynów i zaspokajanie niekończącej się żądzy mordu. Ciekawe hobby. Przynajmniej z mojej perspektywy.
I nie kłopocz się tym co zrobił Chris. Zarówno dotykanie mojej żony, jak i nieodpowiednie słodzenie kawy, w połączeniu z jego fałszywą osobowością, to odpowiednie argumenty, by poświęcić trzy pociski.
No nic, czas zjeść obiad, napić się dobrze posłodzonej kawy i zakopać ciało.

niedziela, 1 grudnia 2013

Teraz.

Jeszcze więcej muzyki. Jeszcze więcej muzyki. Jeszcze więcej alkoholu. Patrze na obrazy i nie widzę sztuki. Coś się kończy, zanim się zacznie. Ja cicho płaczę nad kolejnym litrem rozlanego mleka. Świat, jak to świat krzyczy i lamentuje. O tym że nie ma już piwa. O tym, że rząd się zmienił i nie zmieniło się nic. Świat krzyczy o prawdzie, zakopanej w kłamstwach. I ja nie wiem, naprawde nie wiem. Zaczynam pytać. Pytam siebie, pytam Ciebie. Czy to ja oszalałem, czy świat tak zawsze wiruje? 
Łapię za rękaw ciszę i obracam się bokiem. Znów to się stało. Rozsmakowałem się. Znów szaleje, bo jestem szaleńcem. I powtarzam sobie w duchu. Zaciekle powtarzam sobie w duchu, że to tylko wariaci są coś warci. Czuję muzykę i znów, o tam. Stoi samotność. Naga, piękna , przykryta cieniem.
Jakże głupim, albo odważnym, trzeba być żeby chcieć się kochać z samotnością.
Potem dzieje się szybko, prawda?  Zrzucam przemokniętą kurtkę, stary dziurawy szal. Trzask, a w powietrzu kilka kropli. Kilka kroków, jeden oddech, jesteśmy razem. W tym tańcu.  Moje usta na jej szyi. Palce na talii. Robi się gorąco, a ja błądzę. W snach, w marzeniach, w ideach. Nie pamiętam nawet gdzie jestem, dlaczego samotność, dlaczego to robię? 
Gubię się w słowach, straciłem nawet chyba cały sens.  I już nawet nie wiem czy to pijacki sen, narkotyczna wizja, czy rozmyta prawda rzeczywistości. Wiem, że jestem, że istnieję.
Ten świat będzie krzyczeć. Ja będę płakał. Ty będziesz prosić. Piwo zawsze będzie się kończyć. Czy to coś znaczy? Jak się tego dowiesz jeśli zniknie morał, z tej niezrozumiałej bajki? Jak znajdziesz piękno, jeśli nie namaluje obrazu. Jakieś szanse widnieją na horyzoncie. Jakaś podróż stoi na progu. Czas przestać, czas iść.

poniedziałek, 25 listopada 2013

"Wyjęte z szuflady"

Wiesz to nie jest tak, że staram się być. Ja zwyczajnie jestem, istnieje, mam swoje uczucia. Buduje swoją siłę na autorytetach, które tworze gdy pisze. Śmieje sie gdy patrzę przez okno i macham do pluszowych misiów z wystawy. Kontroluje swój gniew chociaż jestem bardzo agresywyny, gdy widze Cię z tymi i owymi. Lubię czasem popłakać, to pomaga wyzbyć się lęku. Mam gdzieś ludzi chociaż ich kocham i pomógł bym każdemu. Lubię palić jointy i marszczyć czoło. Kocham moje włosy, ale tylko połowe. Oglądam artystyczne porno i lubie seks na fazie. Kocham tylko raz i już nie przestane. Oddam wszystko dla bliskich nawet jeśli tego nie docenią. Gdy mokną ulice, ja wdycham samotność. Jakby tego było mało ciągle słyszę jesteś dziwny, i podoba mi sie to, i nawet mnie podnieca. Tylko czasem zbyt dużo w tym paradoksów, tak jak teraz gdy brakuje mi słów, więc zapisuje te zdania. Pale papierosy, muszę mieć słuchawki i spacer raz dziennie. Widzę piękno wszędzie, a najbardziej to banalne, a najwięcej tam gdziengo nie ma. I chyba jako jedyny gdy spotykam smutek, to siadam z nim do kawy. Gdy cierpie mówię połowe, czuje więcej, wytrzymuje wszystko. Nie ufam nadziei, ja po prostu WIEM. Mógłbym pewnie nie być sobą, lub po prostu udawać kogoś, ale to nudne. Nie mam nic, mimo tego jestem najbogatszy. Widzialem dużo, ale nie mówię nikomu. Czasem tylko wplatam to w jakiś tekst. Gadam z Bogiem jak z kumplem, bo on nie lubi tych oficjalnych ściem. Czasem tylko zastanawiam się co by było gdyby. Jeśli przyjdzie mi upaść, to z uśmiechem skocze i uderzę o dno. Wrogom zrobię tylko jedną przysługę...pokaże im niezłe show. I nudze,i plote głupoty, i zmyślam nieważne historyjki. Czasem mam kompleksy. Mało mówie o seksie bo jestem zajęty myśleniem o tym. Najlepsze opowiadania wyrzucam, bo tak powstają arcydzieła. Najważniejsze jest to że wszystko co robie ma znaczenie i wartość, nawet jeśli widzę to tylko ja. Lubie śpiewać, tylko wstydze się i nie umiem. Robie rzeczy, których nie rozumiem. I wiesz? Przedewszystkim staram się być dobry, tylko że jeśli to kiedyś pierdolnie stane się potworem. Koszmarem, jakiego nie spotkałeś ty, oni, ani nawet wasze sny. I nie boje się bo widziałem co czeka na dnie. Ostatni papieros, słaba kawa,monochromatyzm i śmierć. Nie ta wasza śmierć, nie ta utrata materialnych dóbr, inaczej zwanych gównem. Tam, w ciemności, umierają dusze. Tam zostaje po tobie jedynie pustka, której nie zapełni nic, ani nikt. Tylko miłość,sny i marzenia. W innych rzeczach czai się mrok.

niedziela, 24 listopada 2013

Zbyt głośna cisza.

 Anioł

Mój szept dla Ciebie.
Oby niósł go wiatr. 


Z ciszy, wykrzyczał szept.
Żebym tylko szukał.
W ciemności.
I jestem sam sobą
w tej mowie.
choć szept mój-nie mój
zabronił mi patrzeć.
Teraz uciekam.

Z ciszy, wykrzyczał szept.
Żebym zawsze był blisko.
W ciemności.
Prosi tylko może nawet błaga
Choć gdy dotyk sporka dotyk.
Serce zamykam.

Chcę, ale się boję.
Zwyczajnie, wręcz banalnie.
Bo w ciemności.
Jesteś, ale ja szukam odpowiedzi.
Po której stronie lustra
dziś znikam? 

Chcę istnieć, przez Ciebie.
Tak trudno, tak pięknie.
Bo w ciemności.
Zaśpiewaj, chociaż zakrzycz dla mnie 
Bo umrę jeśli to cień.
Znowu oddycham.

Wiatr odszedł.
Zostawił ciszę. 
W tej ciemności.
Tam gdzie ja. 
 

poniedziałek, 27 maja 2013

Jakoś.

Stoję sobie, właśnie tak jakoś. Po środku jakiegoś miasta. Na jakimś rynku. Patrzę... na jakąś fontannę. Wszystko jest jakieś. Jakieś takie... Właściwie do niczego. Bezużyteczne, nieważne i niepotrzebne. Skupiłem się na sobie. Biorę pod uwagę niedociągnięty krawat, kamizelę, która mnie gniecie, cały ten tani garnitur jakoś kompletnie nie pasuje do scenerii, dobrze mi jedynie z kapeluszem, jego rondo przysłania czoło, rzuca cień na oczy. Przyjemne. Miękka, pognieciona paczka lucky-strike'ów w lewej dłoni, pięć centów w prawej. Oh, co to za olbrzymi problem. Cóż za rozdroże, ciężka życiowa decyzja. Do tego chyba robię się głodny. No nic. Decyzja. Rzucam. Pieniążek ląduje  w wodzie. Fontanna nie przejeła się tym. I nagle smutek. Bezsilność. Nie pomyślałem życzenia. Bezcelowość tego czynu mnie przytłacza. Zapalając papierosa widzę sens, a może raczej jego oczywisty brak? I w ten oto sposób całość tej żałosnej egzystencji podsumowałem w tych czynnościach. Najpierw zapalić? Może najpierw rzucić pieniążek? I nagle uświadamiam sobie że ważę decyzję już podjętą. I skupiam się na niej bardziej niż w momencie dokonywania wyboru. I płaczę, nie cieleśnie, lecz duchowo, płaczę nad metaforycznie rozlanym mlekiem. Mlekiem mojego istnienia. A sam wybór. Przecież to nie ważne! Ponad wszystko nieważne! Lecz po co wybieram coś, co jest zrobione bez żadnego celu, co pozbawione jest znaczenia? W dodatku robię to niepoprawnie.
 I znów z jakiejś kawiarni, znajdującej się nieopodal, dobiegają fragmenty jakiejś muzyki. I właśnie w moich myślach pojawia się zdanie. Brzmi ono prosto, lecz niestety złowrogo. "Tylko nie to." Tak właśnie zwykłem reagować na wszelkie nawałnice, nękających mnie refleksji. Kurwa mać! To jak choroba! Nieuleczany, żarłoczny wirus, gnębiący mój umysł, moją duszę. Rozglądam się. Czuję smutek. Brak tu nawet sprzedawcy wina, który zapewne uraczyłby mnie krwisto-czerwonym lekarstwem, w papierowym kubeczku. Skoro nawet wina brak, na próżno mogę szukać mocniejszego alkoholu.
 I nagle...
 Cóż to? Któż to? Piękna twarz. Wspaniałe oczy. Idealne piersi, znajdujące się w połowie drogi do całkowitej wolności. Oh, cudny ten dekolt. Co za sylwetka! I te nogi! Tak to ona! Nawet człowiek bez marzeń, taki jak ja. Nawet człowiek bez teraźniejszości, przyszłości, posiadający smutną, pełną niepowodzeń, negatywną przeszłość. Czyli nawet człowiek taki jak ja, być może zwłaszcza człowiek taki jak ja, doceni wspaniałość tej majestatycznej, pełnej niewypowiedzianej kuszącej energii oraz manifestującej piękno fizyczne, istoty. Oh, i uśmiecha się kusząco. To już. Prawie się uśmiecham. To już. Zaczynam na nowo definiować szczęście!To już! Poznałem życzenie. Ale co to? Ona. Ona. Ona. Ona zwyczajnie mnie minęła. Nie spostrzegła nawet, że tak uporczywie obserwuję ją kątem oka! No cóż, może to przez rondo kapelusza, które skryło mój wzrok w cieniu. Wyciągnę tylko jeszcze drobne. Jest ich pół garści, może o dwa centy więcej. Życzenie jest jedno. "Niech spojrzy następnym razem." I uśmiecham się, mimo iż wiem że nigdy jej już nie spotkam.  I rzut! I koniec! I zaciągam się i idę.
 To byłem ja. Nie! To nie ja! To tylko mężczyzna przy fontannie. Siedzę na ławce i tak patrzę jak odchodzi. Być może to wszystko nie tak. Może on żąda powrotu ukochanej osoby? Może wracał z pogrzebu? Zatrzymał się na chwilę próbując przekupić Boga garścią miedziaków. Może to ostatnia nadzieja. A może wszystko pochrzaniłem? Muszę szybko napić się wina, bo utonę w tym oceanie przemyśleń i setek wcieleń mnie samego, mijanych po drodze.

środa, 22 maja 2013

Jakaś przestrzeń.

-Całkowita dezorganizacja przestrzeni światopoglądowej wiesz?- pytał od tak, zwyczajnie. Nie ważąc na słowa, naturalnie. Tym zdaniem minął jakąś granicę. Przełamał pierwsze lody jak to czasem mawiają. Całun niesamowitej powagi, który dotąd otaczał ją, jak i całą kawiarnie opadł. Przynajmniej dla niego.
-Czym to jest?- zapytała nieśmiało, nie podniosła nawet oczu znad filiżanki. Tyle niedbalstwa, a jednak powietrze pachniało jakimiś słodkimi emocjami.
-Mimo że nie odpowiada się pytaniem na pytanie powiem- ciągnął, nieudolnie starając się o wesołe zabarwienie tej wypowiedzi. To nawet nie tak że chciał żartować. O nie. Nie mógłby. Ale chciał to pokazać. Ten artyzm, zamiłowanie do kolejnego uśmiechu i ciszy zastąpionej muzyką. Na marne. Brzmiał poważnie, nienagannie i twardo - całkowita dezorganizacja przestrzeni światopoglądowej. I nagle nie wiesz. Czy to co pijesz jest kwaśne, czy słodkie. Czy to jest dobre, czy złe. Czy to ból czy przyjemność. Tracisz poczucie moralności, a sama etyka jest czymś niespotykanym, a nawet nieistniejącym, w ostateczności paradoksalnym. Choć właściwie widzisz sens, prawda? Ale on umyka. Chociaż nie. Ignorujesz go. Może nie świadomie, nie umyślnie, mimo wszystko jednak.- Patrzył na nią. W jej piękne brązowe oczy. Widział jak z każdym słowem nadchodzi zrozumienie. Dwa uśmiechy, następnie pełna powaga. I nagle zatracili się. On w jej bycie. Cała egzystencja tej młodej kobiety, była dla niego kwintesencją boskości. Nagrodą za każdy bolesny oddech. Ona zaś zatraciła się w słowach. Jego słowach. Zahipnotyzował ją. Ogień, czyżby ogień rozkoszy? Może ogień szczęścia, miłości, wiary czy jakiejkolwiek chęci, nadziei? Nie wiedziała tego. Tak wiele w niej było. Płonęło, podobało jej się to uczucie. I nagle zatrzymała wszystko w sobie zadając pytanie.
-Mówisz o śmierci? O kryzysie? Szaleństwie? Czy ty masz na myśli rozpacz? Czy to właśnie tak się dezorganizuje...sz? To wszystko nic innego jak strata- mówiąc to patrzyła na niego. na usta, zmarszczkę w okolicy oczu. Nagle, zapragnęła, wręcz instynktownie, zapragnęła być jego. Już teraz na zawsze. On zaś tylko pokręcił głową z szerokim, najpiękniejszym na świecie uśmiechem na świecie.
-Wciąż nic nie rozumiesz. To piękne, wiesz? Bo to jest właśnie to o czym mówię. Przeżywasz to właśnie.
-Więc określ to- to było pożądanie, już o tym wiedziała, każdym najmniejszym ułamkiem swojej duszy i ciała pragnęła go zrozumieć, w całości, wtedy była by jego, a on należałby do niej.
-Jak?
-Tak jak chcesz.
-Chcę mówić tak, jak chcesz słuchać.
-Jednym słowem.
-Jednym?
-Oddaj to w całości, tak żeby pojął cały świat, ze mną w centrum- mówiła, a jej głos był dla niego wszystkim, najwspanialszym dźwiękiem jaki tylko mógł usłyszeć. Chciał doświadczać tego przez całą wieczność.
-Miłość.
-To właśnie?
-Tylko i wyłącznie- odpowiedział i była już tylko ona, wszystko inne przeminęło.
-No ale co potem?
-Potem już jest tylko śmierć, tylko tego można chcieć.
-Śmierci? Bycia nigdzie, samemu?
-Śmierci, bycia razem tam gdzie chcemy być. 

______Fragment czegoś co nie istnieje_______

wtorek, 21 maja 2013

Nothing Else Matters

Nic się nie liczy. Teraz w tym momencie. Chłodny, ale jednak obiecujący powiew poranka wesoło zaprasza mnie na kolejny dzień. 5 rano. Tek, jest 5 rano, ale to się nie liczy. Mocny, gwałtowny, słodki smak kawy uderza o moje usta, przebiega przez język, po to aby wywołać przyjemne uczucia. Uczucia odebrane przez każdy zmysł. Oprócz tego nic się nie liczy. Nawet gwałtowna reorganizacja osobowości, oparta na podstawach każdej miłości wzmocniona retrospekcją i swego rodzaju anty analizą. Czym to jest? To się nie liczy i właśnie o to chodzi. Bo czekam na smak. Na każdy smak tego co nadejdzie niebawem, mimo wszystko upajając się chwilą. Momentem, w którym moje palce, drżące od kofeiny, narzekające na brak snu, tańczą na klawiaturze, zaskakując mnie po raz kolejny. Czekam na smak tej przyjaźni. Na gęsty dym tańczący w płucach. Czekam na usta, dłonie i oczy. Na każdy uśmiech. Czekam na Ciebie i na nich. Czekam na ciepło ciała. Mojego, twojego. Oprócz tego nic się nie liczy. Krew spływająca po ścianie, czy kawa rozlana na stole, albo okruszki herbatnika, czyli wszystko to co określa jak puste są nasze dusze gdy ich nie słuchamy. I te kilka zdań, czy może wersów. Krótko zwięźle i na temat. To może być ważne. Nawet to morderstwo, zobaczę je oczami wyobraźni. Chciałbym ci to wszystko pokazać. Tylko że to się nie liczy. Jest chwila, i długo wyczekiwana przyszłość. Ona zaraz tu będzie.  I sterta tych dziwnych, wręcz popierdolonych rzeczy, istnień i miejsc. Ptak. Śpiew i drzewo. Mgła. Magazyn. Niechlujne pismo. Niedokończony list. Pełna popielniczka. Rozsypany cukier, przypalony obiad. Samochód. Bułka, czy chleb. Kawałek nienawiści. Plac, albo rynek. Atrium. Szafa na buty. Słuchawki, adapter i płyta. Monitor. Świeca. Łza. Źdźbło trawy. Świerszcz. Rzeka. Plaża. Dom.  To wszystko się nie liczy. Nic się nie liczy. Zamknij oczy. Pomyśl o sobie. Uświadom sobie co tylko chcesz. Ale pamiętaj że nic  się nie liczy, chyba że tego chcesz. Bo to właśnie my sami nadajemy sens i słodzimy kawę. I nic INNEGO się nie liczy.

                Dla Ciebie.

wtorek, 26 lutego 2013

Ostatni krzyk .

 Mam ochotę na kawę , i grzankę może. Chyba że naleśniki , obficie polane sosem z malin . Ale jaki sens ma myślenie o śniadaniu w środku nocy ? W tej scenerii ? Przecież , nie ważne czy francuskie ciasto wypełnione będzie truskawkami czy czekoladą , ale czy mój poranek będzie wypełniony Tobą .
 Jakież to proste . Tyle że teraz , na tym balu . Kiedy już opadły wszystkie maski , widzę ciebie , widzę twoje usta . I nie widzę moich . Całujesz go ot tak . Po prostu . Lekko pochylona w tył , a widok twojego uda wychylającego się z wycięcia sukni , męczy mnie i drażni , zadaje ból i przysparza o zazdrość , owiany falą nagłego podniecenia. Tym sposobem przyczyniasz się do zniszczenia mojej egzystencji . Egzystencji opartej na tych ostatnich dniach . Na wyczerpującym doborze smokingu , na niekończących się próbach pozbycia się zapachu cygar i alkoholu . Zrzuciłem maskę nim zrzucili ją inni . W imię czego ? Narastającej fali bólu i przykrej fali zazdrosnego pożądania ? Jego ręka w okolicy twoich pośladków , moja zaciśnięta w pięść ! Czy ty wiesz że ja patrzę ?! I na co mi teraz twoje słowa ? Czujesz ? Nie . Mówiłaś że kochasz . Nie . Że pachnę , że myślę , że śmiejemy się do łez , a nie .
 I jak mam wykrzesać pogardę dla ciebie , dla siebie i skrzypiec w tle ? Tyle tu gości . Miałem niejednemu uścisnąć dłoń . Zamiast tego stali się niczym . Martwymi przedmiotami poruszanymi niewidzialną siłą . Ja? Ja stoję nadal i patrzę . I czuję  jak zachodzi we mnie przemiana . Jak ręce wędrują do twarzy ocierając tę łzę i zakładając maskę . I znów ,  maska , pieniądze , coraz szybsze skrzypce , chciwość , pustka , seks i dym . Chce cechować się brakiem zainteresowania . Patrząc kątem oka podchodzę do tej innej . Nie zauważysz , nie pozazdrościsz , nie da mi to ulgi . Ulgi od czego ? Ja już nie mam uczuć . Jutro nie będzie grzanek , ani kawy . Będzie smród alkoholu i mój cyniczny uśmiech . Bo przecież mogę kupić i tysiąc barów śniadaniowych .  Zatopię się w tym . W alkoholu , rozpuście , pieniądzach i tych dziwkach , które chciałyby być tobą . Ale wiesz co ? Ciebie już nie ma . Zemsta ? Ona znajdzie cię sama . Mnie ona nie pomoże . Nie uratuje mnie , nie zaznam spokoju czy ukojenia . Dla mnie już od minuty jest za późno .
 Ah , i dlaczego zapomniałem czym ten bal  jest . Pozbawionymi duszy oczyma widzę i czuję czym są ci ludzie. Brudni i śmierdzący , zasłaniają sie zapachem perfum i pieniędzy . Ja taki byłem i ot tak , przez jeden impuls tonę we własnym smrodzie egocentryzmu , cynizmu i pogardy dla tej nędznej struktury jaką jest świat .
 Oślepłem , brak wnętrza odebrał mi wzrok . Nie widzę piękna , nie widzę ciebie i nawet tego że patrzę w dół z tarasu czterdziestego piętra .  Czym będzie kolejny upadek ? Kolejny spektakularny lot ? Jeśli nie pochwalę się tobie ? Nie ocenisz mnie , brak twojej aprobaty czy nawet niezadowolenia odbiera sens wszystkiemu . Nie wiem nawet czy już spadam , czy też ma to nastąpić jak dopiję wino . Czy stanie się cokolwiek . Może gorszą karą jest to że bez ciebie nie zrobię kroku w przód ? Ewentualnie kroku w tył . W ten sposób nasze wzloty i upadki doprowadziły mnie do wiecznego stania nad przepaścią . Gdzie doprowadziły ciebie ? Tego nie dowiem się nigdy , Szkoda jedynie , że mój egoizm nie pozwolił mi dopuścić do siebie tego krzyku zza moich pleców . Nie martw się , spadając nie myślałem o tym jak wpłynie to na ciebie . Jednak do tak wyniosłego czynu potrzebny był taki akompaniament , twój głos . Ostatni krzyk  mojego życia

środa, 23 stycznia 2013

Porcja niezdrowych nocnych przemyśleń.

 Jak określić stan umysłu , w którym głęboko w zaciszu twojej głowy toczy się nieustający dialog ? Jak poradzić sobie z niewyczerpalną porcją argumentów za i przeciw tezie postawionej przez kogoś zupełnie innego ?

 W jaki sposób możesz zgłębić temat legalizacji marihuany w Polsce ? Zalegalizować  ? W jaki sposób możesz sam sobie odpowiedzieć na to pytanie ? Jakim cudem możesz zachować obiektywizm jeśli to pytanie zadaje reporterka , osoba pozornie mająca nie zajmować żadnego stanowiska , trzyma stronę jednego z uczestników debaty . Natłok informacji zabiera ci trzeźwy kąt patrzenia na sytuacje . Wypowiedź jest zagmatwana . Jeden argument powtórzony dziesięć razy w różny sposób , za pomocą innych wyrażeń i słów , które niekoniecznie rozumiesz , sprawia że gubisz się całkowicie zarówno w senise wypowiedzi jak i w swoim własnym rozumowaniu . Na mecie zostajesz jedynie ze strzępkiem informacji z ledwością zapamiętanych przez chaos panujący w całej tej rozmowie znajdującej się jeszcze kilka chwil temu przed Twoimi oczami . Kilka zdań , wypowiedzianych przez jedną osobę , dodatkowo spotęgowanych przez przychylność reporterki , osoby , którą podświadomie uważasz za bezstronną , za kogoś kto ma jedynie pilnować aby dialog odbywał się na odpowiednim poziomie . I w tym  wszystkim gubisz najważniejszy wątek , czyli własną ocenę . Nie uświadamiasz sobie że to co obejrzałeś w telewizji to w cale nie był dialog . Słowo "dialog" znalazło się jedynie w nagłówku , mówiącym Ci co obserwujesz . Lecz w rzeczywistości przed Twoimi oczami znajdował się monolog , nadzorowany przez panią redaktor , oraz z udziałem osoby o odmiennych poglądach , niestety osoba ta miała stworzyć w twoich oczach jedynie złudny obraz wyrównanych szans . W tym miejscu pojawia się ciężkie i rożnie odbierane słowo jakim jest "manipulacja" .

 Czytasz dwudziesty komentarz pod wywiadem z Kamilem Bednarkiem . Głosi on "ale on jest zjarany " . Uświadamiasz sobie że faktycznie musiał być pod wpływem . Przecież gra reggae , ma dready , a podczas tego wywiadu cały czas się śmiał i był dziwnie "roztrzepany" . Efekt potęguje fakt że ponad połowa z poprzednich dwudziestu komentarzy mówiła o tym samym  . Znów gubisz się we własnym rozumowaniu . Tracisz obiektywizm i trzeźwe spojrzenie . Skupiasz się na opinii mediów oraz nic nie wartych wypowiedzi ludzi , których nie znasz , osób mogących nie mieć najmniejszego pojęcia na temat , na który się wypowiedzieli .

 To i podobne sytuacje sprawia że z czasem przestajesz rozumieć własne myśli . Masa nieprofesjonalnych , nieuczciwych , czasem nieprawdziwych informacji miesza ci w głowie . Budujesz "własne" zdanie na podstawie czegoś , czego pochodzenia nie jesteś w stanie nawet określić . Przestajesz rozróżniać prawdę od fikcji. Na kolejnych etapach rozpoczyna się twoja wypowiedź na powyższe tematy . Może w trakcie rozmowy z kolegą w trakcie przerwy śniadaniowej w pracy . Nie zdajesz sobie sprawy z tego że przekonując go do "swoich " racji , przekonujesz go tak naprawdę do zdania ludzi , których celem było to żebyś odebrał to w taki właśnie sposób , po to by następnie odbyć tego typu rozmowę . Z każdym kolejnym wypowiedzianym słowem tracąc coś , co ja nazywam osobowością .