Stoję sobie, właśnie tak jakoś. Po środku jakiegoś miasta. Na jakimś rynku. Patrzę... na jakąś fontannę. Wszystko jest jakieś. Jakieś takie... Właściwie do niczego. Bezużyteczne, nieważne i niepotrzebne. Skupiłem się na sobie. Biorę pod uwagę niedociągnięty krawat, kamizelę, która mnie gniecie, cały ten tani garnitur jakoś kompletnie nie pasuje do scenerii, dobrze mi jedynie z kapeluszem, jego rondo przysłania czoło, rzuca cień na oczy. Przyjemne. Miękka, pognieciona paczka lucky-strike'ów w lewej dłoni, pięć centów w prawej. Oh, co to za olbrzymi problem. Cóż za rozdroże, ciężka życiowa decyzja. Do tego chyba robię się głodny. No nic. Decyzja. Rzucam. Pieniążek ląduje w wodzie. Fontanna nie przejeła się tym. I nagle smutek. Bezsilność. Nie pomyślałem życzenia. Bezcelowość tego czynu mnie przytłacza. Zapalając papierosa widzę sens, a może raczej jego oczywisty brak? I w ten oto sposób całość tej żałosnej egzystencji podsumowałem w tych czynnościach. Najpierw zapalić? Może najpierw rzucić pieniążek? I nagle uświadamiam sobie że ważę decyzję już podjętą. I skupiam się na niej bardziej niż w momencie dokonywania wyboru. I płaczę, nie cieleśnie, lecz duchowo, płaczę nad metaforycznie rozlanym mlekiem. Mlekiem mojego istnienia. A sam wybór. Przecież to nie ważne! Ponad wszystko nieważne! Lecz po co wybieram coś, co jest zrobione bez żadnego celu, co pozbawione jest znaczenia? W dodatku robię to niepoprawnie.
I znów z jakiejś kawiarni, znajdującej się nieopodal, dobiegają fragmenty jakiejś muzyki. I właśnie w moich myślach pojawia się zdanie. Brzmi ono prosto, lecz niestety złowrogo. "Tylko nie to." Tak właśnie zwykłem reagować na wszelkie nawałnice, nękających mnie refleksji. Kurwa mać! To jak choroba! Nieuleczany, żarłoczny wirus, gnębiący mój umysł, moją duszę. Rozglądam się. Czuję smutek. Brak tu nawet sprzedawcy wina, który zapewne uraczyłby mnie krwisto-czerwonym lekarstwem, w papierowym kubeczku. Skoro nawet wina brak, na próżno mogę szukać mocniejszego alkoholu.
I nagle...
Cóż to? Któż to? Piękna twarz. Wspaniałe oczy. Idealne piersi, znajdujące się w połowie drogi do całkowitej wolności. Oh, cudny ten dekolt. Co za sylwetka! I te nogi! Tak to ona! Nawet człowiek bez marzeń, taki jak ja. Nawet człowiek bez teraźniejszości, przyszłości, posiadający smutną, pełną niepowodzeń, negatywną przeszłość. Czyli nawet człowiek taki jak ja, być może zwłaszcza człowiek taki jak ja, doceni wspaniałość tej majestatycznej, pełnej niewypowiedzianej kuszącej energii oraz manifestującej piękno fizyczne, istoty. Oh, i uśmiecha się kusząco. To już. Prawie się uśmiecham. To już. Zaczynam na nowo definiować szczęście!To już! Poznałem życzenie. Ale co to? Ona. Ona. Ona. Ona zwyczajnie mnie minęła. Nie spostrzegła nawet, że tak uporczywie obserwuję ją kątem oka! No cóż, może to przez rondo kapelusza, które skryło mój wzrok w cieniu. Wyciągnę tylko jeszcze drobne. Jest ich pół garści, może o dwa centy więcej. Życzenie jest jedno. "Niech spojrzy następnym razem." I uśmiecham się, mimo iż wiem że nigdy jej już nie spotkam. I rzut! I koniec! I zaciągam się i idę.
To byłem ja. Nie! To nie ja! To tylko mężczyzna przy fontannie. Siedzę na ławce i tak patrzę jak odchodzi. Być może to wszystko nie tak. Może on żąda powrotu ukochanej osoby? Może wracał z pogrzebu? Zatrzymał się na chwilę próbując przekupić Boga garścią miedziaków. Może to ostatnia nadzieja. A może wszystko pochrzaniłem? Muszę szybko napić się wina, bo utonę w tym oceanie przemyśleń i setek wcieleń mnie samego, mijanych po drodze.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz